Depresja nie wybiera
Lifestyle

Puk, puk! Kto tam? To ja, depresja!

O depresji mówi się coraz więcej, bo coraz więcej osób na nią cierpi. Niestety choroba ma wiele twarzy, może się ukrywać za uśmiechem czy udawać wyluzowanego do tego stopnia, że nawet nie pomyślimy, że wewnątrz ktoś toczy walkę.  Bywa też ignorowana, umniejszana lub mylona z chandrą. Wymaga mądrego podejścia, cierpliwości i leczenia. Trzeba ją tylko rozpoznać i dać sobie pomóc.

Depresja po raz pierwszy postanowiła mi towarzyszyć prawie 15 lat temu. Przyczajona patrzyła, jak przestaję sobie radzić w pracy, związku, z chorobami i śmiercią najbliższych. Zaatakowała wraz ze wstydem, poczuciem winy, strachem i zafundowała dni, które teraz mogę określić, jako szare. Spałam po 12 godzin, nie miałam siły wstać, nie miałam siły oddychać, jeść, odzywać się. Wstydziłam się chodzić do psychiatry i siedzieć w poczekalni wśród tłumu innych chorych osób. Po długim leczeniu wyszłam z tego. Choć wydaje mi się, że wciąż depresja była krok za mną. Jeśli nie ona, to jej towarzyszka nerwica. Działały na tyle skutecznie, że po kilku latach trafiłam do szpitala z podejrzeniem bardzo poważnej choroby.

Zdrowe ciało, chora dusza

Na szczęście okazało się, że to objawy psychosomatyczne i ciało mam zdrowe. Za to dusza była słaba. Trafiłam na psychoterapię, która pomogła mi m.in. uporać się z nagłą śmiercią członka rodziny. Później nastąpiła kolejna strata, z którą nie mogłam sobie długo poradzić. Z zewnątrz wyglądałam całkiem ok, a w środku było mnóstwo smutku. Z czasem zaczęłam powoli wychodzić na prostą, świadomie szukając wszystkiego, co pomogłoby mi w rozwoju i lepszym poznaniu siebie. Praca sprawiała przyjemność oraz dawała satysfakcję i poczucie bezpieczeństwa finansowego. 

W głowie pojawiało się sporo pomysłów, była energia do ich realizowania. Niestety życie czasem zaskakuje i musiałam sobie zrobić od pracy przerwę. Odpoczęłam (powiedzmy…) i nie mogłam znaleźć kolejnego zatrudnienia. Aby coś robić i nie wypaść z rytmu, postanowiłam założyć tego bloga. Ponownie wkręciłam się beauty świat, który dawał mi radość. Praca jednak nie przychodziła, za to przychodził coraz częściej stres wraz ze stanami lękowymi.

Idealna praca?

W końcu udało się! Jest praca i to jaka świetna! Tak myślałam, jednak w głębi czułam, że jestem cały czas okrutnie zestresowana, czułam dziwny niepokój. Jednak miałam na to jakieś swoje pokrętne tłumaczenia. Ale depresja czuwała, podsyłając mi od samego początku mniejsze lub większe okazje do stresu i niepokoju. Pracy było coraz więcej i więcej, dni zlewały się w jeden ciąg, budziłam się i nie wiedziałam, czy jest weekend i będę pracować w domu, czy jednak muszę wstać i wyjść. Ogromne zmęczenie pojawiało się falami, przynosząc mi w pakiecie bezsenne noce, zawroty głowy i zasłabnięcia. Dla pewności robiłam badania u lekarza, ale słyszałam, że wszystko jest w porządku, proszę się mniej stresować.

A ja bardzo się przejmowałam. Wszystko musiało być idealnie i na czas, bo przecież dałam słowo, a każdy nawet najmniejszy błąd doprowadzał do mini tragedii (uroki WWO). Czułam coraz częściej, że chyba nie pasuję do tego miejsca, a każde chamskie zachowanie w moją stronę, gierki, kłamstwa i dwulicowość utwierdzały mnie w tym przekonaniu.

Traciłam chęci i siły. Z osoby aktywnej stałam się zasiedziałą przed komputerem, z bolącym kręgosłupem i zbierającymi się kilogramami. Czułam się jak najbardziej nieatrakcyjna, najgłupsza i beznadziejna osoba na świecie, były dni, że chciało mi się tylko płakać, z bezsilności i beznadziejności.

Brak porządnego odpoczynku (jeśli był, pomagał na chwilę lub nie pomagał wcale), coraz więcej obowiązków, coraz większa odpowiedzialność sprawiały, że depresja miała pole do popisu. Mało co mnie cieszyło, sukcesy (o ile uznałam, że są sukcesem) wywoływały tylko chwilowy uśmiech. Nieliczne osoby potrafiły sprawić radość, odżywałam na chwilę, najczęściej przy ukochanej psince. Nie miałam ochoty na coś, co kiedyś było dla mnie bardzo ważne – nie słuchałam muzyki, nie oglądałam F1, zawaliłam znajomości, przestałam być aktywna. Opłacałam tylko hosting i domenę, by nazwa bloga nie przepadła, ale nie chciało mi się nic pisać, kupowałam książki, których nie czytałam (bo nie rozumiałam, co czytam), kursy – z których nie korzystałam. Nie miałam ani chęci, ani siły, ani koncentracji.

Czas pomóc… sobie!

Pomimo wszystko szukałam sposobów, by sobie pomóc. Wydawałam pieniądze na badania, suplementy, zabiegi, medytowałam, wstawałam wcześnie rano itp. Miałam wrażenie, że im więcej robiłam, im bardziej uciekałam od złego samopoczucia, kiepskiego zdrowia, tym bardziej mi się nie udawało. Zawsze pojawiało się coś, co sprawiało, że nie byłam w stanie dokończyć moich działań.

Rok 2020 był przełomowy dla wielu osób. Dla mnie też – przyznałam się (także przed samą sobą), że potrzebuję pomocy. Dobitnie dotarło do mnie, że jeśli w końcu o siebie nie zadbam, to nikt tego nie zrobi. I jeśli nie zrobię tego na już, natychmiast, to później może już nie być czego ratować. To był moment, w którym objawy psychosomatyczne nie pozwalały już normalnie funkcjonować, presja i świadomość, że mogę liczyć tylko na siebie, stała się tak ogromna, że słabłam przed wyjściem do pracy. Do tego od miesięcy nie przespałam całej nocy. Podjęłam więc decyzję o odejściu z pracy.

Z jednej strony poczułam lekką ulgę, chyba jednak więcej było obojętności, choć miło było na koniec przeczytać od klientów mnóstwo krzepiących i pięknych słów na temat mojej pracy i mnie samej. Na chwilkę pojawił się więc uśmiech.

Plany, z których nic nie wyszło

Plan miałam taki, że odpocznę, mam czas do nowego roku, a od stycznia zacznę szukać programów, które oferują wsparcie w założeniu działalności gospodarczej. Takie miałam ambitne plany! Wierzyłam, że tydzień/dwa po odejściu, w końcu prześpię całą noc, że zacznę normalnie żyć, zacznę ćwiczyć, nadrobię kursy, przeczytam książki…

Niestety rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Nadal budziłam się kilka razy w ciągu nocy, wstawałam zmęczona, nie wiedziałam, co się dzieje, czy mam może wstać do pracy, czy mogę spać dalej. Śniła mi się praca. Czułam się tak, jakby mnie ktoś wyrzucił z rozkręconego kołowrotka, a ja nadal się kręciła. Objawy psychosomatyczne były tak uciążliwe, że żyłam w jednym wielkim stresie. Pojawiły się stany lękowe (trzęsłam się nawet przed teleporadą z psychiatrą), pamięć i koncentracja nie powracały, musiałam pisać wszystko na kartce (pamiętam pierwszą teleporadę, przed którą spisałam wszystkie objawy, jakie mam, bo wiedziałam, że o tym zapomnę).

Leczenie depresji 

W połowie stycznia dostałam leki, w których pokładłam duże nadzieje. Nie przypuszczałam jednak, że zanim będzie trochę lepiej, najpierw będzie tragicznie. Skutki uboczne były tak duże, że praktycznie nie pamiętam 2 tygodni stycznia. Spałam po 10 godzin (wciąż z przerwami), ogromna senność nie opuszczała mnie przez cały dzień, trzęsły mi się ręce i nogi, miałam problemy z chodzeniem, na myśl o jedzeniu zbierało mnie na wymioty, pamięć stała się tak kiepska, że zapominałam słów, wstydziłam się więc każdej rozmowy. Najchętniej siedziałabym w ciemności. Z czasem objawy zaczęły nieco ustępować. W kwietniu mogłam powiedzieć, że po raz pierwszy spokojnie przespałam całą noc (po 7 miesiącach) i że całkowicie ustąpiły objawy psychosomatyczne (po 6 miesiącach). Niestety pojawiły się problemy ze wzrokiem, nie polepszyła się pamięć ani koncentracja, nadal brakowało motywacji, były też problemy z poruszaniem się. Lekarz podjął więc decyzję o zmianie leku.

I chyba w końcu mogę powiedzieć, że powolutku idzie ku lepszemu. W końcu mam ochotę i siłę, by dbać o siebie, wróciłam do ćwiczeń (raz w tygodniu na dobry początek), do czytania książek i medytacji, zaczęłam spacerować i zaliczam coraz dłuższe trasy. Zachwycałam się budzącą się wiosną, bo poprzednich nie pamiętam, przypomniałam sobie, jak pięknie pachnie wiosenny chłodny wieczór. Oczyściłam dom ze zbędnych rupieci, papierów czy starych ubrań. Pomalowałam ściany na jasny kolor i rozjaśniłam włosy. Wszystko we własnym tempie, staram się już nie pędzić. Nie spędzam mnóstwa czasu na Fb (tak naprawdę, to mało mnie tam), słucham muzyki, wróciłam do rysowania. Mam kontakt z tymi, przy których dobrze się czuję i którzy byli ze mną w tych niełatwych czasach. No i napisałam już pierwszy tekst na bloga!

Długa droga przede mną i masa pracy. Wspomaganie lekami pewnie jeszcze trochę potrwa. Wierzę jednak, że idę w dobrym kierunku i chyba nadszedł już ten moment, że czas pomyśleć o nowym zatrudnieniu. Życzcie mi powodzenia. 🙂

Co mogę dodać na koniec? Dbajcie i bądźcie uważni na siebie i innych. Jeśli potrzebujecie pomocy, nie bójcie się prosić. Rozmawiajcie i wspierajcie! Osoby chore naprawdę tego potrzebują.

A czy Ty znasz kogoś, kto choruje na depresję? A może sama/sam walczysz? Podziel się swoimi przemyśleniami. Chętnie poczytam.


Bardzo dziękuję za wszystkie miłe i wspierające słowa. Nie przypuszczałam, że taki będzie odzew. Jeśli tylko sprawię, że choć jedna osoba pomyśli o sobie i zechce sobie pomóc, to dla mnie będzie to największą nagrodą.


Test Becka

Test samooceny pod kątem rozpoznania u siebie objawów depresji. Wynik testu jest jedynie wskazówką i nie zastąpi badania lekarskiego.

Czym jest depresja? Jak rozmawiać z chorymi?

Gdzie szukać pomocy?

Wsparcie psychiczne dla uczniów i młodych dorosłych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *